Zajęte. Za kod zamknięty w znakach nierówności odpowiadają palce Larwy. Za grafikę w tle również, acz pan wielce szanowny Jeordie White został żywcem wyjęty z klatek teledysku do "Coma White". Ponadto, Larwa zastrzega sobie prawo do tego co napisała, gdyż za wszystkie te literki odpowiada chora głowa, która jest jej własnością. Nie kopiować, nie piracić, nie kraść. Przed spożyciem obok zawartych treści skonsultuj się z lekarzem pierwszego kontaktu, psychiatrą/psychoanalitykiem i egzorcystą. Wstrząsnąć przed użyciem. Odpalać pod Lisem.
Nienawidzę was. Ciebie, jego, onego, JEJ.
Za "wspieranie" mnie, za wypychanie do przodu, do lotu. Za karmienie mnie wizjami otrzymanych efektów, których potem nigdzie nie widać. Za wasze oszustwa. Za manipulację. Za robienie mi wody z mózgu waszymi obietnicami. Za to, że angażujecie się w coś razem ze mną, a potem rezygnujecie albo zwyczajnie jesteście obojętni i gówno was już obchodzę.
Muszę sobie radzić sama, chociaż jestem wciąż zależna od was. Muszę liczyć się z waszym zdaniem. Muszę mieć świadomość, że chociaż siedzimy we wszystkim razem, to jeśli coś pójdzie nie tak, całą winę zwalicie na mnie.
Nie chodzę na perkusję żeby sobie postukać w bębenki raz w tygodniu. To nie jest zwykła dziecięca zachcianka, kaprys. Darowałabym to sobie, szczególnie, że zajęcia mam na dzień przed diabolicznymi Środą i Czwartkiem, które są typowymi Dniami Zagłady. Nie ryzykowałabym zawalenia tylu ścisłych przedmiotów, gdyby bębny nic dla mnie nie znaczyły.
Nie chodzę tam, żeby sobie postukać w bębenki. Chodzę tam, żeby się nauczyć na nich grać. Żeby być kim więcej, niż kolejną gitarzystką, która poza światem sześciu strun nie będzie potrafiła się odnaleźć.
I ktoś bardzo dobrze o tym wie, że bez sprzętu nie osiągnę tego, co chcę osiągnąć. Ktoś bardzo dobrze o tym wie, że tak niewiele teraz wystarczy, żeby go zdobyć.
Tylko, że ten ktoś sądzi, że mam kaprys. I nie będzie inwestował pieniędzy, które zdobędzie za sprzedaż mojej gitary w zestaw perkusyjny, bo nie będę hałasować w domu. Jednorodzinnym, żeby była jasność.
I nie zdaje sobie sprawy jak idiotyczne są ów kogoś argumenty.
Znowu się męczę - wymyślaniem kolejnych argumentów, nieustanną walką. Do tego obserwuję, jak innym wszystko to, o co ja tak długo i zażarcie się starałam, przychodzi z ogromną łatwością, bez żadnych dyskusji, po prostu. Chcą czegoś i to dostają.
To co, że moja dwunastoletnia kuzynka nie interesuje się muzyką, wielbi Zmierzch, koniecznie musi być ubrana, tak jak jest teraz modnie, byle jak najładniej z koleżanek, a do gotyku, metalu czy punku jest jej daleko jak stąd na Księżyc, jak nie jeszcze dalej. I tak dostanie glany na Gwiazdkę. Bo dziecko chce i dziecko musi. Bez żadnego błagania na kolanach, miesięcy uzmysławiania władzy wykonawczej, że w tym da się chodzić.
W mojej rodzinie rośnie człowiek, który z podnieceniem piszczy na widok wielkiego, srebrnego krzyża dyndającego mi gotycko na szyi i też taki chce, bo się świeci i wygląda inaczej.
W mojej rodzinie rośnie mała pozerka.
Marzy mi się niezależność. Chcę już zdać maturę. Wyjechać na studia. Z dala od czujnego wzroku babci penetrującej mój pokój w poszukiwaniu kolejnych dowodów potwierdzających jej teorię o mojej przynależności do kościoła szatana. Z dala od kpin, pustych obietnic i całkowitego braku zrozumienia i akceptacji mojej mamy. Chcę mieć własne mieszkanie urządzone według mojego gustu. Chcę robić co chcę, kiedy chcę, do której chcę. Chcę zarabiać własne pieniądze i w końcu móc nimi w pełni zarządzać, nie pytając się nikogo o zdanie, czy mogę wydać na raz taką czy inną sumę. Chcę zacząć myśleć według swoich przekonań, a nie przez pryzmat wartości kogoś innego. Chcę sama oceniać co jest dobre, a co złe, a nie wciąż zastanawiać się, jakie działania mogę podjąć, żeby potem nie mieć awantury w domu albo wyrzutów sumienia, że zawiodłam czyjeś oczekiwania.
Odliczam do 2012 roku.
Maggot stanie się legalny.
Maggot stanie się pełnoletni.
Maggot stanie się prawowitym władcą samego siebie.
Maggot stanie się wolny.